Opublikowano

Kreatywne zabawy z komiksem „Pewnego razu w Londynie”

„Książka jest dziełem sztuki, ma nie wychowywać, tylko wywoływać emocje. Muzyka też nie wychowuje ani obraz, ani balet. Największym błędem rodziców jest to, że szukając dobrych książek, wybierają takie, które ich zdaniem przynoszą “pożytek”. Tymczasem, gdy sami sięgają pamięcią do lektur własnego dzieciństwa, wspominają nie te, które owiewał “smrodek dydaktyczny” (śliczne określenie Wańkowicza), lecz te, których lekturę naprawdę przeżywali.” To słowa znawcy literatury dziecięcej, profesora Grzegorza Leszczyńskiego.

Nasz picturebook wywołuje emocje z całą pewnością. Jest niemym komiksem, książką, przy której się rozmawia, pyta i odpowiada na pytania, po prostu aktywnie spędza czas. Jej wielopoziomowy odbiór jest zależny do samego czytającego. Na dowód tego, jak dużo można zrobić w oparciu o jedną książkę z dziećmi, przekazujemy nauczycielom i animatorem trzy wybrane scenariusze zajęć – linki do nich są poniżej.

A może warsztaty?

Wspólnie z platformą Biblioteki Szkolne Online zorganizowaliśmy konkurs na scenariusz zajęć z wykorzystaniem picturebooka Pewnego razu w Londynie”.  Nie narzucaliśmy żadnych zasad. Chcieliśmy, aby autor scenariusza miał swobodę interpretacji. To spowodowało, że pomysły, które do nas spłynęły były bardzo różne. Jedne nacisk położyły na edukację teatralną, inne na improwizację, a jeszcze inne na techniki manualne.

Zajęcia z dziećmi w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim inspirowane „Pewnego razu w Londynie”.

Z ogromną wdzięcznością i ciekawością czytaliśmy każdy zgłoszony scenariusz i wyłoniliśmy trzy, które Państwu prezentujemy.  Korzystajcie z nich śmiało do pracy z dziećmi, by rozbudzać ich fascynację książką, teatrem, wiedzą. Platformie Biblioteki Szkolne Online oraz wszystkim uczestnikom serdecznie dziękujemy za udział, a zwycięzcom gratulujemy. Scenariusze mogą być bezpłatnie wykorzystywane przez edukatorów i nauczycieli do pracy z dziećmi.  

Oto nagrodzone scenariusze na warsztaty z dziećmi klas 1-3:

I miejsce

SP nr 2 w Łapach, ul. Piękna 17, 18-100 Łapy Pobierz plik PDF

II miejsce

SP nr 1 w Świerklanach, ul. Boryńska 6, Świerklany 44-266 Pobierz plik PDF

III miejsce

SP w Starej Niedziałce, ul. Mazowiecka 154, 05-300 Mińsk Mazowiecki Pobierz plik PDF

Partnerem komiksu jest Teatr Szekspirowski w Gdańsku.

Opublikowano

Pomagamy i wspieramy, teraz także Ukrainę.

Literówka jest małą oficyną wydawniczą. Mamy małą załogę i katalog, który daje dużo radości. Regularnie, pewnie jak wszystkie wydawnictwa, otrzymujemy prośby o wsparcie. Nadawcami takich próśb są biblioteki, szkoły, przedszkola, a także osoby prywatne. Nie jest tajemnicą, że wszystkim pomóc nie możemy, ale nie unikamy próśb. W 2021 roku wsparliśmy naszymi książkami dzieci w opiece zastępczej, dzieci na Podlasiu oraz kilka bibliotek. Proporcjonalnie do możliwości reagujemy na potrzeby innych. A teraz Ukraina.

Ukraina

Nikt z nas nie przypuszczał, że środa 23 lutego będzie ostatnim dniem „starego” porządku. Kładąc się spać, wielu ludzi miało plany na dzień następny, które zniweczyła noc. Od tamtego czasu dramat mieszkańców w Ukrainie nabiera mocy i nikt nie wie, jak potoczy się ich życiowa ścieżka. 

Smutkiem i łzą wypełnione oko patrzy na dorosłych, a patrząc na maluchy, dodatkowo gorycz wypełnia trzewia. Fala pomocy, jaka rozlała się po Polsce, jest niebywała. Ma się wrażenie, że trwa istny wyścig dobroci: kto da więcej? Tak wielka skala działań nie tylko zjednoczyła Polskę, ale wyszła daleko poza granicę naszego kraju. Jednogłos ma dziś zasięg globalny. 

Co możemy?

Sami zmrożeni sytuacją w Ukrainie, po chwili zaczęliśmy myśleć o tym, co możemy zrobić. Zajmujemy się wydawaniem książek dla dzieci, które mają ukoić swoich małych czytelników. Nasze książki dobieramy tak, aby dawały odpoczynek i przyjemne rozluźnienie. A tamtym dzieciom jeszcze bardziej potrzeba odpoczynku od spraw, które nie powinny być ich udziałem. 

Są książki do czytania w każdym języku.

W tych okolicznościach nasz niemy komiks prawie sam wyrwał się do pomocy. Jakby krzyczał: Jestem idealny do tego zadania! Patrzcie, nie mam słów, ale mam ciepłą i zabawną historię. Cyrylica mi niestraszna ani żadna inna litera! Sprawa była oczywista. Spakowaliśmy kilkaset egzemplarzy książki i wysłaliśmy je tam, gdzie spełnią się idealnie. Poukładane w kartonach, opatrzone specjalnym komunikatem, przekazane zostały na ręce Fundacji Powszechnego Czytania. 

Pamiętajcie: już 15 minut czytania redukuje stres o połowę. 

Iwona Stabeusz

Opublikowano

NA CO DZIECIOM BAŚNIE?

Wybierając dziecku książkę na dobranoc, często sięgamy po własne wspomnienia. Mamy w głowie krótkie bajki, opowieści, legendy oraz dobre baśnie.  I chyba te ostatnie są tym, do czego dzieci wracają najchętniej.

Profesor Grzegorz Leszczyński jest kierownikiem Pracowni Badań nad Literaturą Dziecięcą i Młodzieżową w Instytucie Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Jego wypowiedź dla Rzeczypospolitej (Publikacja: 04.04.2010) o kondycji polskiej literatury dziecięcej nie pozostawia złudzeń. Bez baśni jesteśmy niekompletni.

„Baśń to gatunek idealny, od zarania świetnie sprawdzone przedszkole ludzkości, elementarz osobisty uczący systemu wartości, w którym dobro zwycięża, a zło musi być ukarane. Nie możemy więc wolno puścić wilka i zaprzyjaźniać się z nim, bo postanowił zostać jaroszem, choć przedtem zjadł Czerwonego Kapturka i babcię. To wbrew baśniowej logice. Przy takiej wersji wydarzeń młody czytelnik nigdy nie zrozumie toposu wilka, nie pozna ważnego kodu kulturowego. Wilk jest uosobieniem zła, podobnie jak Baba Jaga. Uważam, że tak jak nie należy chronić dziecka przed przerażającą bądź dziwną ilustracją (bo i taką powinno oglądać, by dobrze rozwijała się jego wrażliwość i wyobraźnia) – tak też nie powinno się chronić go przed okrucieństwem zawartym w baśniach. Pokazywanie tylko dobra i piękna to pozbawianie dzieci tej drugiej części świata. To tak jakby próbować wmawiać im, że doba nie ma nocy, a w roku są tylko dni pogodne. Potem te dzieci w wieku nastoletnim są przerażone światem, złem i są kompletnie nieprzystosowane do życia.”Przytoczmy fragment wypowiedzi:

Baśń to gatunek idealny, od zarania świetnie sprawdzone przedszkole ludzkości, elementarz osobisty uczący systemu wartości, w którym dobro zwycięża, a zło musi być ukarane.

Dzieci są ważne

Właściwie, dzieci są najważniejszą częścią społeczeństwa – moim zdaniem. Dlatego budowanie ich świadomości o życiu w sposób bezpieczny, ale skuteczny jest tak istotne. Jako rodzice nie zawsze mamy środki do wyłuszczenia zachowań ludzkich, czasem zupełnie niesprawiedliwych w przedszkolnej czy podwórkowej rzeczywistości. Wtedy z pomocą przychodzi nam literatura. W niej znajdujemy opisy, konteksty do zachowań. Korzystajmy z tego. Dobra baśniowa opowieść, w której moralizatorstwo nie występuje, a nauka wchodzi podprogowo jest cennym źródłem wiedzy. Losy bohaterów, ich cechy osobowości czy zachowania pełnią rolę lustra, w którym dzieci mogą się przejrzeć. 

Przyczyna i skutek

Baśń, która odpowiada współczesnej rzeczywistości, ale równocześnie nie ma w niej scen drastycznych, to właśnie są „Koniberki”. Pokazują życie w sposób dla dziecka łatwo przyswajalny, pozwalający mu się w nim odnaleźć i z nim identyfikować. To co istotne w opowieści, to sprawczość. Autorka wyraźnie pokazuje rozwiązania życiowych sytuacji, które znamy z własnego doświadczenia. Co więcej, wskazuje przyczyny kłopotów. Dzieci mimochodem rozpoznają mechanizmy postępowań i skutki podejmowanych decyzji. W sposób subtelny uczą się życia. W bezpiecznym otoczeniu możemy doświadczyć z dzieckiem nawet tak trudnych momentów jak odejście bliskiej osoby. Jest to ostatni rozdział książki, który pięknie oswaja dziecko z tą częścią naszego życia, nie czyniąc z niej aktu rozpaczy i tragedii. Śmierć Rozetki jest zamknięciem całej opowieści i pewnego cyklu w życiu łąkowych stworzeń (koniberków), który łatwo możemy zaadoptować do własnych potrzeb. W końcu nie każdy ma dar łatwego odpowiadania na egzystencjalne pytania swoich dzieci.  Dobra baśń może nam w tym pomóc. I pamiętajmy, że w baśni (nie mylić z bajką) dobro zawsze wygrywa.

Baśń „Koniberki” możesz kupić w naszym sklepie.

O.R.

Opublikowano

Jak przekonać dzieci do czytania?

psotnik

Wymyśl coś, żeby mój syn zaczął w końcu czytać, powiedziała do mnie ostatnio koleżanka. Wspomniany syn ma lat jedenaście i czytać nie lubi, podobnie jak wielu jego rówieśników z ery internetu i tabletów. Czytanie jednak wcale nie jest rozrywką odchodzącą w przeszłość, wypieraną przez świat gier sieciowych, filmów i łatwo podanej internetowej papki. Jako matka w tej akurat dziedzinie, mogę powiedzieć, że odniosłam sukces.

Moje dzieci czytają. Czytają dużo i nie wyobrażają sobie bez tego życia.Każdemu wakacyjnemu wyjazdowi towarzyszy plecak książek, których w dodatku niepokojąco przybywa przed powrotem do domu. Nie jest to zaskakujące. Czytam ja, czyta mąż, dzieci czytających rodziców również czytają.

Dzieci czytających rodziców również czytają

Zresztą własnym dzieciom czytam głośno niemal od ich urodzenia. Począwszy od wierszyków Brzechwy i Tuwima towarzyszących nam już w wieku niemowlęcym, poprzez coraz doroślejszą lekturę (obecnie wraz z dziesięcioletnim synem jesteśmy w połowie Władcy pierścieni). Wieczorne czytanie jest moim ulubionym sposobem spędzania z dzieckiem czasu, ulubionym również przez dziecko. Co więcej, uważam, że nie powinno się ono kończyć w momencie, gdy dziecko nauczy się czytać samo!

W wieku około siedmiu lat nadchodzi niebezpieczny dla czytelnictwa moment, gdy możliwości intelektualne obcowania z tekstem nie idą w parze z umiejętnością czytania. Tekst, który dziecko może zainteresować, często jest zbyt trudny do samodzielnego przeczytania. Czynność czytania sprawia jeszcze kłopoty, dziecko gubi się w gąszczu liter, a historyjki, które umie samo przeczytać, są po prostu nudne. Bo bez względu na to, czy Ala ma kota, czy też ma tablet, to nie jest to informacja, która jest atrakcyjna dla siedmiolatka. Gdy w tym momencie przestajemy czytać własnemu dziecku, bo samo umie, bo powinno ćwiczyć, bo przecież jest już za duże, niejednokrotnie zniechęcamy je, zanim samodzielnie będzie w stanie odkryć magiczny świat książek.

krzysia i potworny postnik_cut
Książka na zdjęciu: „Krzysia i potworny postnik”

Czy dziecko polubi czytanie, w dużej mierze zależy od tego czy trafi na swoją książkę.

Wydaje mi się również, że to, czy dziecko polubi czytanie, w dużej mierze zależy od tego, czy trafi na swoją książkę. Na historię, która je zafascynuje i na zawsze przekona, że książki są bramą do niezwykłego świata wyobraźni. W gąszczu kolorowych wydawnictw często rodzicom trudno znaleźć wartościową pozycję, którą mogą zaproponować swoim dzieciom. Lektury szkolne niestety też niekoniecznie idą w parze z zainteresowaniami współczesnych uczniów. Dodatkowo dużo łatwiej znaleźć wartościowe, pięknie wydane książki popularnonaukowe z każdej chyba dziedziny dostosowane do możliwości percepcyjnych dzieci w różnym wieku, niż ciekawą i dobrze napisaną powieść adresowaną do dzieci młodszych.

Sprawdzone tytuły

Szukającym polecić mogę parę książek ulubionych przez mojego młodszego syna, ale chciałabym napisać o jego ostatniej fascynacji czytelniczej. Dwie książeczki Frances Watts o przygodach Krzysi, która, choć jest dziewczyną, chce zostać rycerzem, pochłonął w ciągu godziny i zapytał, kiedy wreszcie ukażą się dalsze części. „Krzysia i tajemnica mieczy” oraz „Krzysia i intryga z trucizną”, to opowieści przeznaczone dla dzieci w wieku 6 – 9 lat. Akcja jest wartka, prosta, ale nie nazbyt uproszczona, napisana ładnym językiem.

Ogromną zaletą książki są wyróżniające się na tle innych propozycji ilustracje. Czcionka jest przyjazna mało wprawnym czytelnikom. Krótkie rozdziały sprawiają, że czyta się ją szybko. Jest to doskonała pozycja zarówno dla dziecka, które nabiera wprawy w samodzielnym czytaniu, jak też do głośnego czytania dziecku młodszemu. Razem z synem czekamy na ukazanie się dalszych tomów. Wniosek nasuwa się sam. Czytajmy na głos swoim dzieciom, niezależnie od tego, czy dziecko ma 5, 10 czy 15 lat. Innej drogi nie widzę.

Autorka: Weronika Szelęgiewicz – polonistka, autorka baśni „Koniberki”, radna, mama, aktywna krakowska inicjatorka działań wspierających rozwój kulturalny i literacki wśród uczniów.

Seria o Krzysi jest dostępna w naszym sklepie: TU

Zdjęcia autorstwa: Strefa Psotnika – blog o książkach dla dzieci

Opublikowano

Ilustracja z uśmiechem – kolorowy świat Patrycji Pawlik

Lusia

Na świat patrzy wszystkimi zmysłami – jest on pełen zapachów, dźwięków, smaków ale przede wszystkim kolorów. Dla nas stworzyła postać Lusi w książce Małgorzaty Roman – Zakrzewskiej. Farby, tusze, kredki, pędzle i woda to jej żywioł. W ilustracji stara się podróżować do najskrytszych zakątków dziecięcej wyobraźni. Największą radość sprawia jej uśmiech i uznanie najmłodszych odbiorców. Inspiracje odnajduje w naturze, szumie drzew i wiatru, śpiewie ptaków, ciszy i uważności, ale też w literaturze i muzyce. Wierzy w magię świetlików, czterolistnych koniczyn i spadających gwiazd. 

Absolwentka wydziału grafiki i malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, obecnie asystentka w pracowni Grafiki Ilustracyjnej na uczelni macierzystej.  Mieszka, pracuje i tworzy w Łodzi, choć marzy jej się dom pod lasem.

Opublikowano

Małgorzata Roman-Zakrzewska debiutuje

Roman Zakrzewska Lusia

Do naszej wydawniczej rodziny dołączyła autorka cudownych opowieści dla przedszkolaków. Małgorzata Roman -Zakrzewska jest absolwentką dziennikarstwa i teologii. Przez lata pracowała jako dziennikarka telewizyjna i reportażystka w TVN24. Obecnie jest przede wszystkim mamą dwójki dzieci. Poza tym pisze, czyta i smaży naleśniki. Uwielbia robić wywiady, pić czarną kawę i patrzeć na ocean.

Debiutancka książka Małgorzaty pt. „Lusia. Przygody dzielnych urwisów to pochwała rodzicielstwa bliskości. Jest bardzo rodzinna, pogodna i mamy podejrzenie, że jej bohaterka złapie was za serce.

Małgorzata Roman – Zakrzewska o sobie:

Jestem…bardziej bywam. Wierzę w cuda.

Na co dzień…robię pranie, chociaż wcale nie chcę.

Nie znoszę gdy…ludzie nie są dla siebie dobrzy, a dżem jest zimny.

Najbardziej na świecie lubię…czarny humor i wafelki.

Kiedy byłam mała….sama obcięłam sobie włosy.

Moją przygodą życia jest…mój dom.

Ostatnio przeczytałam… „Tort urodzinowy” Svena Nordqvista – opowieść dla dzieci o staruszku Pettsonie, jego kocie Findusie i szalonych szwedzkich kurach.

Napisałam książkę dla dzieci bo…bardzo lubię dzieci i to, co ze światem robi spojrzenie dzieciństwa.

Za pięć lat…cieszę się, że nie wiem!

/zdjęcie: Dominik Cudny

Opublikowano

PREZENT DLA DZIECKA

Prezent

Urodziny, gwiazdka, odwiedziny – to są momenty ściśle związane z dawaniem prezentów. Prezenty fantastycznie jest dawać, ale równie wspaniale jest je otrzymywać. Można je zrobić samemu lub wyszukać w jakimś oryginalnym sklepie. Dziś będzie o kupowaniu, z myślą o takich jak ja, którzy nie mają talentu do rękodzieła.

Postanowiłam zebrać kilka wniosków z własnego doświadczenia, które mogą pomóc w wyborze rzeczonego prezentu.

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że im więcej jest możliwości wyboru w sklepie, tym większy problem. Prawda jest taka, że żyjemy w czasach dobrobytu i trafić z prezentem jest szalenie trudno. Nie jest niczym rzadkim, że mając już w głowie pomysł, rozbija się on o fakt, że adresat już ten temat ma „ogarnięty”, a ja wracam do punktu wyjścia. prezenty

Moja metoda na prezent

Zacznijmy od maluszków w wieku od 0 do 3 lat. Moim zdaniem, im mniejsze dziecko, tym bardziej oddalamy się od niego z prezentem. Owszem, kupujemy dla dziecka, ale jakby pośrednio. Bardziej na plan pierwszy wyłania się jednak rodzic. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem w tej grupie wiekowej są rzeczy użyteczne typu kocyk, gryzaki, akcesoria do wózka. Chcąc kupić ubranka uwzględniam gust rodziców. Kupując zabawkę, zastanawiam się, czy rodzice będą z dzieckiem tą zabawką się bawić. Należy być ostrożnym z zabawkami dźwiękowymi. Potrafią być bardzo irytujące. W którymś momencie może ktoś uszkodzić ów przedmiot i jest duże prawdopodobieństwo, że to nie będzie dziecko. W dzisiejszych czasach, przy aktualnym stanie wiedzy, jestem ostrożna z plastikiem, zwłaszcza kiedy rodzice prowadzą dom ekologiczny. Oczywiście, uwzględniam etap rozwoju małego człowieka.

Coś dla kilkulatka

Powyżej trzeciego roku życia dzieci są coraz bardziej społeczne i tu przyda się wiedza czy rodzice spędzają wspólnie z dzieckiem czas. Ciężko bowiem sprawić sześcioletniemu jedynakowi grę planszową, w którą nie ma z kim biedak zagrać. Jest to raczej przyczynek do frustracji niż radości. Swoją drogą, rodzicom polecam prezent dla własnego dziecka w postaci czasu. Zamiast wydawać 150 zł na grę do PS4, mogę wykupić im wspólne wyjście np. do escape roomu, godzinę nauki jazdy konnej dla rodziny, wspólny wypad do parku rozrywki. Czas, to pieniądz, to słowo klucz do poprawy relacji i tworzenia wspomnień, czyli tego, co naprawdę ludzi łączy.

Szkoda pieniędzy

Odradzam kupowanie byle czego, taniego, z pewnego duńskiego sklepu z rzeczami dziwnymi i bardzo dziwnymi. Efekt „wow” trwa 10 min, po czym przedmiot ląduje na półce i właściwie nie wiadomo co z nim zrobić, wyrzucić szkoda, a dać nie ma komu. W konsekwencji mamy, z czego wycierać kurze, jakby i bez tego było mało roboty.

Ważnym aspektem jest toksyczność przedmiotów. Kupowanie zabawki w sklepie „wszystko po 5 zł” naprawdę nie ma sensu. Jest wysokie prawdopodobieństwo, że zabawka nie wytrzyma dziecięcych testów. A druga strona medalu jest taka, że jest ona, czyli zabawka, pozbawiona jakiejkolwiek kontroli, nadzoru produkcyjnego, certyfikatu jakości i bezpieczeństwa, co przekłada się na toksyczność. Ileż to razy czytałam komunikat o wycofaniu produktu ze sklepów bo zawierał niebezpieczną substancję. Przedmiot uwalnia swoje trujące związki pod wpływem ciepła rąk przy każdym dotyku, o lizaniu zabawki nie wspominając. Dziś już nie ma wątpliwości, że plastik przenika przez skórę i mamy go w swoim otoczeniu w nadmiarze, zatem zwróćmy się w stronę drewna. Niektórym ludziom drewniana zabawka nie kojarzy się dobrze? Hmm.. czas wybrać się na różne świąteczne targi i kiermasze, gdzie mali wytwórcy prezentują bardzo pomysłowe i nowoczesne rzeczy z tego cudownego surowca. O trwałości drewnianej zabawki nie wspominając.

Dobrze jest wysondować u rodziców lub sprytnie zapytać samego dziecka, co myśli o czytaniu książek.

Książka – tak, ale nie za wszelką cenę

Na prezent świetnie nadają się książki! Nie zaskakuję Was tą nowiną, jednak w pewnych okolicznościach odradzałabym ją jako prezent. Pamiętam, że kiedy dostałam w wieku 10 lat książkę o objętości około 250 stron, a moje umiejętności czytelnicze były na poziomie dzisiejszych serii 'na początki czytania’, poczułam się źle. Książkę próbowałam przeczytać, bo ją dostałam, ale prawda jest taka, że jak ktoś czyta nieudolnie to szybko się zraża. Mnie ten prezent książkowy do czytania nie zbliżył, a nawet odroczył zapędy czytelnicze. Kolejne księgi typu Biblia czy encyklopedia nie zmieniły mojego ówczesnego nastawienia.

Delikatna sprawa

Prezent „książka” jest delikatny, bo porusza się w bardzo subtelnych rejestrach. Dobrze jest wysondować temat wcześniej u rodziców lub sprytnie zapytać samego dziecka, co myśli o czytaniu książek. Może się wówczas okazać, że lepszym pomysłem będzie komiks (polecamy nasz KLIK) lub niezbyt długi audiobook. Badania pokazują, że nie ma znaczenia dla mózgu czy czytamy czy słuchamy książki, bo tekst tak samo skutecznie w nas „pracuje”. To, co jest naprawdę ważne, na przykład w audiobookach, to osoba czytająca. Warto posłuchać fragmentu, aby sprawdzić barwę głosu, melodię języka i tempo czytania. Dzieciom lepiej służy wolniejsze tempo (nie mylić z wlekącym się) i pewna teatralność. To wpływa na dynamikę opowieści. Po prostu lepiej się słucha.  

Na koniec czuję w obowiązku dodać, że nie polecam słodyczy w prezencie.  Coraz więcej rodziców chce mieć cukier pod kontrolą, łatwo wtedy o kłótnie. Poza tym słodycze, zwłaszcza barwniki w nich zawarte są częstym alergenem i mogą sprawić wysypkę. A mieć uczulenie na prezent to niemiła sprawa.

Mama Michaliny

Opublikowano

Festiwal Literatury w Strzelinie

Podczas Festiwalu Literatury w Strzelinie tj. 11 września, czytelnicy będą mieli okazję poznać bohaterów obu tomów opowieści z serii „Koniberki”. Autorka, Weronika Szelęgiewicz, została zaproszona do tegorocznej edycji po raz pierwszy. Na czytelników czekają: wspólne czytanie książki, rozmowy i część warsztatowa. Przybliżymy dzieciom koniberkowy świat.  

Aktualnie na rynku dostępne są dwa tomy opowiadań o koniberkach autorstwa Weroniki Szelęgiewicz. Pierwszy pt. „Koniberki” ukazał się pod koniec 2016 roku i został bardzo dobrze przyjęty przez czytelników. Dowodem i miarą powodzenia są kolejne dodruki. Drugi tom miał swoją premierę w marcu 2021 roku i powoli buduje swoją pozycję, a jego tytuł brzmi „Koniberki. Powrót na łąkę”.

W tym roku Festiwal przyciągnie wielu znakomitych gości jak choćby Radek Rak czy Grzegorz Kasdepke. Pełny program dostępny jest na stronach wydarzenia.

 Do zobaczenia w Strzelinie na festiwalu

Link do 

Opublikowano

RYCERKA OKIEM IZY SZOLC – Felieton

Rycerka w try miga. Osobliwy to los epoki: uchodzić za najbardziej ciemną i przesądną, a jednocześnie zyskać najwięcej ciemnych przesądów dotyczących siebie samej. Tak oczywiście! Mówię o średniowieczu.

Poczytuję sobie uroczy fragment z książeczki dla dzieci autorstwa Frances Watts. Tytuł „Krzysia i turniejowe turbulencje”.  Proszę: „Oba konie pędziły wprost na siebie. Tłumiony przez hełm tętent końskich kopyt był jedynym dźwiękiem w głowie Krzysi. Patrząc przez otwory przyłbicy, skupiła wzrok na lancy swojego przeciwnika. Była wymierzona prosto w jej klatkę piersiową.” Fajna ta Krzysia i ja ją lubię.

A że niewiele ma wspólnego z jakąś Krzysią z dajmy na to najbardziej turniejowego średniowiecznego wieku, tego XIII (bo przypominam, że średniowiecze trwało prawie tysiąc lat) jakoś mi nie przeszkadza. Książka jest stworzona dla współczesnych dziewczynek, a nie dla tamtych, które minęły. I swoją nadzieję rozbudzania marzeń, promowania odwagi, zadziorności i indywidualizmu – spełnia.

Tamte dziewczynki w ogóle by nie miały pojęcia, o co naszej Krzysi chodzi. Co nie oznacza, że od razu ciągnęłyby ją na stos. Ciągniesz na stos, co uważasz za kompletne zło, a nie coś, czego twój umysł nie ogarnia. Bo to coś- ktoś- jest nie z tego świata. I na domiar w twoim świecie jest kompletnie niepotrzebny. Między bajki można włożyć twierdzenie, że rycerek byłoby więcej gdyby mózgów im nie wyprał średniowieczny patriarchat. Plus wszystkie te historię o niemożnościach, frustracjach i opresjach.

Czy Zawisza Czarny miał siostrę? Może. Czy ona chciałaby być rycerką? A w żadnym razie!

Jak i Zawisza Czarny nie chciałby być na przykład Ksienią Klasztoru czy Ochmistrzynią. I to nie dlatego, że Kseni Klasztoru czy Ochmistrzyni to była jakaś robota szpetna czy mało płatna. Leżała ona po prostu w innym miejscu na mapie świata. Wielkim błogosławieństwem ludzi średniowiecza było to, że znali oni swoje własne miejsce. Znali, czyli dobrze się w nim czuli. Tak, wiem, że to teraz w XXI wieku wprost nie do uwierzenia. Znać własne miejsce? Nie buntować się? Robić swoje? Nie marzyć o ściankach i byciem guru? A jednak.

Tamten świat był bardzo ściśle skonstruowany. A dokładniej i świat ludzki i świat boski. Istniała ta cudowna scholastyka. Było to idealne niegryzące się połączenie wiary i logiki. A typowym scholastycznym pytaniem, dobrym do zabaw mózgowych, w długie wieczory było: ile aniołów zmieści się na łebku szpilki. Zapewne je już kiedyś słyszeliście. I uznaliście tamtych ze średniowiecza za niezłych świrów. Nie byli pieprznięci. Ich umysły były inne, posiadali inną percepcję (i raczej rozmowa ze człowiekiem średniowiecza o kolorach przypominałaby rozmowę może nie ze ślepym, ale… byłaby równie wzbogacająca), horyzont też malował się zasadniczo inaczej… Byli mądrzy, cudownie inteligentni i zabawni. Od czasu do czasu trafił się ktoś, kto w Boga powątpiewał. Ale ze swojego powątpiewania robił cały traktat religijny. Bóg był dla człowieka średniowiecza tym czym dla dzisiejszej siedemnastolatki jej własny pępek na Instagramie. Poza tym człowiek średniowiecza miał więcej świąt niż my i więcej czasu wolnego. Więcej się bawił. I uwaga- uprawiał znacznie więcej seksu.

Nie było rycerek i już. Joanna D’Arc rycerką nie była. Nieźle by się obśmiała gdyby to usłyszała.

Gdyby dobrze się rozpatrzyć to okazałoby się, że człowiek średniowiecza albo się modli, albo… No, dopiszcie sobie sami. Nie było rycerek i już. Joanna D’Arc rycerką nie była. Nieźle by się obśmiała gdyby to usłyszała. ( A w średniowieczu dużo się śmiano…). Ona była jakby prorokinią. Naczyniem napełnionym Wolą Pańską, które miało przewodzić walką. Bóg wybrał dziewczynę. Dziewczyna łaziłaby w sukience, ale założyła zbroję, bo przyznacie, że na polu bitwy jednak w zbroi bezpieczniej. Dlatego też dostała miecz, na wszelki wypadek. A oprócz miecza paru bodyguardów. W tym Marszałka Francji Idziego de Rais.  Najlepszą pięść Francji powiedziałabym… Już słyszę, że od d’Arc oczekiwano dziewictwa. Oczekiwano dziewictwa nie tylko od lekko nawiedzonych dziewcząt. Od chłopaków także. I tutaj dopiero był dramat. Niejeden sobie musiał ciachnąć, żeby w rozbuchanym średniowieczu przeżyć, ale ciachnięty na przykład nie mógł być papieżem, ani wysokim duchownym, a z byciem królem, czyli Pomazańcem Bożym, też był dramacik. Średniowieczny Bóg lubił dziewice, ale ciachniętych nie lubił. Joannę spalono. Przestała być potrzebna, ale to nie jest problem tylko średniowieczny, ta nagle odkryta niepotrzebność…

Pisać, że Joannę spalono, bo założyła męskie ciuchy to dość duża historyczna niestosowność. Pojawiła się ostatnio hipoteza, że d’Arc tak naprawdę nie spalono. Jej brat, którego dworsko-politycznie ustawiła, miał ułatwić jej ucieczkę z wieży. Zadbał też o to, aby spalono bogu winną, naprawdę świrniętą wieśniaczkę. Joanna tymczasem wyszła za mąż za hrabiego mieszkającego niedaleko Rouen, można rzecz nie uciekła za daleko… Miała rodzinę, a kiedy trochę czasu minęło, pewnie co i swoje wspominała przy kominku. Bez specjalnego żalu.

Iza Szolc

*Autorka opowiadań i powieści m.in. „Dziewczyny chcą się zabawić” (Wyd. Muza), „Żona rzeźnika”, nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.